ZATRZYMAJ SIĘ, ZWOLNIJ, DOŚĆ HARÓWKI! – TYLKO PRAWDA

Dziś przedstawiamy Wam historię pisaną przez życie.

Gorzka prawda pielęgniarki, która całe swoje życie podporządkowała pod pracę.  Czy warto jest wypruwać sobie żyły, gdy chory jest system? Sama bohaterka po latach pracy, różnych doświadczeniach, dziś śmiało mówi:

 „zatrzymaj się, zwolnij, dość harówki, świata nie zbawisz”. 

Tylko u nas możecie podzielić się swoimi przeżyciami i doświadczeniami, w jaki sposób praca pielęgniarki wpłynęła na Wasze życie, na relacje z najbliższymi. Słuchamy, wyciągamy wnioski. Za zgodą dzielimy się historią na forum, by inni mogli uczyć się na błędach, by ustrzec ich przed nieuniknioną katastrofą!

Sami sprawdźcie, gdzie naszą bohaterkę doprowadził pęd życia pielęgniarskiego?

Jestem żoną, matką, pielęgniarką. Mam 55 lat i mieszkam na Śląsku. Karierę zawodową rozpoczęłam w 1982 roku po ukończeniu Liceum Medycznego. Miałam wówczas 19 lat,  byłam szczęśliwa rozpoczynając pracę w szpitalu na oddziale wewnętrznym z sercem wypełnionym miłością i oddaniem dla pacjenta. Dyżury były 8- godzinne, podczas których był czas na spokojne spożycie posiłku, wypicie kawy w pokoju socjalnym, a przede wszystkim było mnóstwo czasu na wykonanie zleceń  lekarskich,  zabiegów  pielęgnacyjnych i rozmowy z pacjentami. Jedynymi dokumentami były  karta gorączkowa, książka  zabiegowa i raport pielęgniarski. Do pracy chodziłam z przyjemnością, a gdy miałam wolne dni to wyczekiwałam na następny dyżur.

Mijały lata, urodziłam trójkę dzieci, ale brakowało mi pracy z pacjentem. Gdy najstarszy syn miał 4 lata, a najmłodsza córka skończyła 1 rok życia postanowiłam wrócić do pracy.   W  moim  odczuciu  pielęgniarką  jest   się   nie  tylko  z  wykształcenia,  ale  również z zamiłowania (nie mylić z powołaniem!). Z roku na rok warunki bytowe ulegały negatywnej zmianie, co wiązało się często z brakiem środków finansowych. Warunki pracy i płacy nie współgrały ze sobą. Wzrastał zakres obowiązków bez wzrostu wynagrodzeń. W środowisku pielęgniarskim coraz częściej słyszałam słowa „pielęgniarka po Liceum Medycznym lub Studium Medycznym zostanie asystentką, bo Unia Europejska stawia na wyższe wykształcenie. Około 2000 roku rozpoczęła się „ucieczka pielęgniarek” do klinik i szpitali wojewódzkich w celu uzyskania większych zarobków. Od tego momentu rozpoczęłam dodatkową pracę na umowie zleceniu. Powód prosty, braki finansowe w budżecie rodzinnym, kredyty, dorastające dzieci, itp. Bywało tak, że byłam w pracy bez przerwy 36 godzin. Podczas pracy na  etacie  w  przychodni, w soboty  i  w niedziele  brałam  dyżury  w  szpitalu, a potem nawet i noce, bo wszędzie brakowało pielęgniarek. Były miesiące, w których miałam tylko jeden dzień wolny od pracy. Nie przejmowałam się tym jednak, bo finansowe efekty końcowe zaburzyły mi realne myślenie o mojej przyszłości. Żyłam „TU I TERAZ”.

W 2014 roku

rozpoczęłam studia licencjackie, tzw. „pomostowe”, by poczuć się pewniej między koleżankami w wyższym wykształceniem, których coraz więcej pojawiało się w moim środowisku. Także mając 51 lat wzięłam na swoje barki kolejny ciężar, zaoczne studia licencjackie, po których za tzw. ciosem ukończyłam studia magisterskie. Nie zmieniło to jednak mojego zawodowego trybu życia, nadal pracowałam oprócz etatu, na umowy zlecenia. Musiałam przecież pokryć finansowo kosztowne studia. Bardzo często chodziłam przemęczona, z bólami głowy i kręgosłupa. Znosiłam to jednak cierpliwie, nie żaliłam się, ponieważ ten wysiłek był wyłącznie moim wyborem. Moja ciężka praca nie była wymuszona ani przez rodzinę, ani przez pracodawcę. Pracując ponad siły czułam się potrzebna, bo „łatałam dziury” w obsadzie dyżurów. Byłam na każde telefoniczne wezwanie oddziałowej. W takim trybie pracowałam 11 lat. Wysiłek psychiczny, fizyczny, brak snu, brak odpoczynku, chroniczne przemęczenie, nieregularne odżywianie, pozbawione często ciepłych posiłków, stresy podczas studiów, a także stresy rodzinne, to była moja codzienność. Trwało by to zapewne do dziś, gdyby konsekwencje takiego trybu życia ( los?) mnie nie zatrzymał.

Mój organizm odmówił posłuszeństwa, usłyszałam wołanie: „zatrzymaj się, zwolnij, dość harówki, świata nie zbawisz”.

Nadszedł dzień, w którym doznałam udaru mózgu w okolicach jąder podkorowych lewej półkuli.

Od tego dnia minęło 10 miesięcy… Dziś czuję się dobrze, dzięki swojemu samozaparciu w walce o powrót do zdrowia, po mozolnej rehabilitacji. Choroba, której doświadczyłam otworzyła mi oczy, zmusiła do rachunku sumienia z całego dotychczasowego życia. Zadałam sobie pytanie: „I po co ci to było?”.

W chorobie zostałam sama…

Umilkły telefony od oddziałowej, od koleżanek, od znajomych, którym zawsze pomagałam… Została przy mnie tylko rodzina, którą przez 11 lat zostawiałam, by iść na kolejny dyżur. Zamiast być matką, żoną, babcią byłam pielęgniarką biegającą z dyżuru na dyżur.

Piszę to ze łzami w oczach, bo refleksja przyszła za późno…

Koleżanki, koledzy, proszę Was OBUDŹCIE SIĘ, PÓKI NIE JEST ZA PÓŹNO !

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: